W przerwie między jedną reakcją a drugą oglądałam na internecie jakieś mało ambitne programy o wymarzonym domu. I te wszystkie wyznania amerykanów, o ukochanym ogródku z basenem, w którym chlapałyby się małe dzieci i rozkoszne bobasy, skłoniły mnie do refleksji nad tym, gdzie ja w ogóle mieszkam. Dom rodziców przestał być moim domem chyba z chwilą, gdy zaczęłam studiować, bo jakoś uznali, że dobrze mi się będzie wieść i do rodzinnego miasteczka na pewno nie wrócę (przynajmniej tak się pocieszam, że z mojego pokoju zrobili składzik z żalu po rozstaniu, a nie z powodu nieczułego kaprysu). A w Warszawie - każdego roku nowe mieszkanie, nowe miejsce, nowi ludzie (choć w większości od dawna znani). Co roku kupowanie śmietnika do toalety i wydawanie książek z którymi jestem najmniej związana.
Co roku mniej przywiązana do nowego miejsca, co roku opuszczam je z coraz mniejszym sentymentem, z coraz większym sentymentem do ludzi, którzy każde nowe mieszkanie zwiedzają, porównując z poprzednim.
Obecne mieszkanie, w samym środku stolicy, z miękkim kocykiem i cudownymi snami. Ale czy ja w nim tak naprawdę mieszkam? Przez 3 tygodnie "lokatoringu", nie dorobiłam się nawet masła w lodówce (i nie tylko dlatego, że jest ono niezdrowe), ani mleka do kawy.
Każdej nocy z samotności, spraszam do niego innych ludzi, którzy sprawiają, że nie będę musiała się zmierzyć ze strachami z szafy i zbyt cienkimi do wytłumienia wszystkich dźwięków ścianami. I tylko poranne pozbywanie się pustych butelek po wódce i parzenie kawy w zbyt wielkiej ilości kubków, nie zmienia się w zależności od dnia tygodnia.
-
Pan Artur:
-
dotplot:
-
Pan Artur:
Pokaż wszystkie (3) ›